22 stycznia 2016

Dlaczego jestem "nietolerancyjny"

Od dłuższego czasu słyszę pod swoim adresem różnego typu wyrzuty, że tak nie mogę mówić/pisać/myśleć, bo coś tam, coś tam. Na szczęście mam niezły zmysł olewczy, toteż nie robi to na mnie wielkiego wrażenia aczkolwiek chciałbym sobie kiedyś popatrzeć na swoją przeszłość i to co się we mnie nie zmieniło. 


Zanim przejdę do meritum - z tego wszystkiego jestem dumny. Może się mylę - nie wykluczam tego. Jednak mam spokój sumienia. Nie wpływa to moje życie. Każdy ma swoje zdanie. Z takimi ludźmi lubię rozmawiać, bo wtedy dyskusja robi się żywa, ekspresyjna, nerwowa... przez co prawdziwa.

Krzysiek seksista


Wiele koleżanek i znajomych, a nawet przyjaciółki mówią mi to wprost. "Nie możesz o niej tak mówić" albo "Takie zdanie o niej zachowaj dla siebie" to podstawowe zwroty jakie słyszę. Język z czasem złagodziłem, bo rzeczywiście nie znam dobrze każdej kobiety. Nie zmienia to jednakowoż faktu, że dziewczyna ze śladami szpachelki albo zaciekami na twarzy będzie traktowana przeze mnie jako łatwa. Tutaj kieruję się hasłem Rachel z Glee: Twarz to nasza wizytówka. Naturalne jest piękne - to chyba każdy facet powie.

Czasami jednak zdarza się, że ludzie biorą mnie za seksistę ze względu na kierunek moich studiów, czyli teologię. Wówczas pojawiają się różne głosy, szczególnie wśród osób które mnie słabo znają: no przecież jesteś z Kościoła - inaczej nie możesz. A ja mogę inaczej. Zazwyczaj wprost się z tego nabijam. Jak? Ciągnę tą farsę, aż do granic absurdu. No i moje zdanie na temat możliwości funkcjonowania szkół i firm płciowych jest też karygodne. A jak się kobieta nie nadaje na stanowisko? Zatrudnimy ją, żeby jakieś inne bezrobotne panie nie zablokowały pracy naszej firmy.

Krzysiek rasista


Tutaj może być coś na rzeczy. Raz nawet zdarzyła mi się wpadka w autobusie, gdy chcąc ustąpić miejsca kobiecie wstałem z miejsca w momencie, gdy siadał murzyn... -.-' Inna sprawa to używanie przeze mnie słowa murzyn, co jest przyczyną oskarżeń o rasizm rzucanych w moim kierunku. Ja nie widzę problemu, podobnie jak przy określeniu czarny, czyli popularne nigger w angielskim. Skoro Afroamerykanie walczą o jego ponowną neutralność to dlaczego im nie pomóc? Jeżeli chodzi o żarty - cenzuruję. Co innego śmiać się z koloru skóry i ze stereotypów, a czym innym jest obrażanie człowieka. Podobnie ma się kwestia z Żydami. Nie wytrzymuję jednak roszczeniowych postaw czarnych, którzy po wiekach niewoli liczą na wieki odpłaty. A Żydzi? Sami się prezentują w filmiku poniżej. Aczkolwiek, gdy byłem w ich kraju brali mnie za swojego, więc nie musiałem się o nic martwić. 


Krzysiek ksenofob


To chyba jest jedno z nowszych określeń. W sumie od pierwszego roku studiów obracam się w międzynarodowym towarzystwie - a to z powodów rodzinnych, a to z powodów studyjnych. Wszystko do pewnego czasu grało i buczało, gdyby nagle na Śląsku pojawiło się jak mrówków pełno Ukraińców. Cóż, Polacy tak samo wyglądają za granicą, ale tego też nie popieram. Tym bardziej, że większość Ruskich ma nas głęboko w czterech literach. Prawo? Przecież ich nie deportują, bo mają "wojnę" (na którą zasłużyli). Mandat? Przecież tam i tak nie dojdzie - zniknie gdzieś po drodze. Jeden z nich pobił chłopaka do nieprzytomności. Dlaczego? Bo w nie chciał przepuścić Ukraińca przed siebie. Brak umiejętności korzystania z toalety: dosłownie obsrane ściany, nieznajomość tamponów i podpasek przez dziewczyny (na co wskazuje comiesięczna krwawa podłoga). Raz nawet mi grozili, bo nie chciałem ich kumpla przez okno wpuścić do akademika - za co sam bym wyleciał. Narkotyki i ciągłe libacje - to norma. Raz padłem, gdy dziewczyna zobaczyła pralkę i poleciała do portierki zapytać się jak to działa i jak ma wyprać. Pewnego weekendu miarka się jednak przebrała. Zareagowałem słownie. Wówczas komentarze jak ten poniżej sypały się niczym z rękawa. Dlatego wolę imigrantów mieć w kraju - oni przynajmniej się nie wmieszają w tłum i wiadomo od razu kim i jacy są.

Krzysiek homofob


Na to już od kilku lat parskam śmiechem - nie boję się bowiem gejów ani innych dysfunkcji, o czym nie raz przekonują się moi znajomi. A czym sobie na to zasłużyłem? Sprzeciwem wobec przywileju związku partnerskiego dla homoseksualistów, uznaniem wszystkich tras wersji ludzi za normę czy też sprzeciwem wobec adopcji przez takich ludzi. O ironio - tutaj też mieszczą się moi znajomi geje! "Bo ty prawdziwym gejem nie jesteś!" - usłyszał kiedyś jeden ze znajomych mi homoseksualistów. No i jak można mówić o nich dowcipy - przecież za każdym razem, gdy to robimy na świecie umiera jeden gej. Nie lubię i wkurzam się bardzo, gdy oglądam super film/serial i widzę na chama wciśniętego kogoś z LGBTQ... -.-' Z resztą - nawet niektórzy geje by się mogli tutaj podpisać!

Krzysiek antyklerykał


Pytam, mam swoje zdanie, nie daję się traktować jak człowiek drugiej kategorii... Po prostu nie daję się księżom wpychać do ramki, w które się nie mieszczę (dosłownie i w przenośni :P). No ale o to mają pretensje także przyszli księża, którzy żywieni z kapsy rodziców nie są już tymi normalnymi ludźmi (poza nielicznymi przypadkami). No i nie jestem narodowcem, mam inne zdanie na temat historii Śląska... Dużo tego - nic, że staram się ewangelizować i zachęcać do wstąpienia do Seminarium jeżeli się zdarzy komuś o tym myśleć. Liczy się tylko to, że nie wierzę w każde ich słowo.

Krzychu;)


I coś pozytywnego na koniec ;)

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

10 stycznia 2016

Karnawał dookoła świata

Karnawał to okres trwający od 6 stycznia do Środy Popielcowej. Źródeł nazwy należy szukać w łacinie: carne - mięso, vale - żegnaj lub carrus navalis, czyli wóz w kształcie okrętu ciągnięty w czasie rzymskich bachanalii. Wtenczas w większości krajów oficjalne obchody przybierają formę mega imprezy. Najbardziej znane na świecie karnawały to te z Rio i z Wenecji, dlatego proponuje przyjrzeć się mniej znanym karnawałom.


Kölner Karneval

Kölner Karneval


Najbliżej nam są Niemcy. Choć wydają się drętwym narodem potrafią się bawić. Najbardziej znanym karnawał odbywa się w Kolonii. Oficjalne imprezy miejskie swój początek mają w roku 1823. Była to odpowiedź  Prusaków na ciągłe konflikty nadgraniczne z Francuzami. Uroczystości miejskie rozpoczynają się niewinnie w Rosenmontag (poniedziałek przed Środą Popielcową) od szturmu kobiet na ratusz. Ich celem są męskie krawaty, które zostają obcięte. Ze strachu władze przekazują im klucz do miasta. Ten zuchwały czyn daje znak dla wielu, stosownie podzielonych co do wieku, koloru i grupy społecznej, aby wyszli i zaczęli tworzyć kordon. Z tego elementu najbardziej cieszą się dzieci, gdyż w trakcie parady rzucane są na prawo i lewo cukierki. Po zakończeniu parady kolorowych strojów, muzyki i tańca odbywają się ustalone wcześniej, mniejsze i większe, wydarzenia kulturalne. Lokale gastronomiczne biorące udział w karnawale są przyozdobione Nubbelami, czyli Marzannami na sterydach. Pali się je w Środę Popielcową dając znak, że wszystkie grzechy tego okresu idą w niepamięć.

Carnival in Mindelo


Carnival in Mindelo
Z Niemiec najbliżej nam na Wyspy Zielonego Przylądka. Mają one najstarszy zwyczaj obchodzenia karnawału w Afryce, którego początki rozpływają się w odmętach XVIII wieku. Tradycja jest pozostałością po Portugalskich kolonizatorach. Przygotowania zaczynają się zaraz po Sylwestrze, by w połowie lutego wyjść na ulice. Za przygotowania odpowiadają pomysłowi mieszkańcy, którzy stają na czele różnych grup. Pojawiają się wówczas dzikie, nowoczesne i tradycyjne stroje. Ich celem jest wygrana w konkursie na najlepsze wdzianko. Oczywiście wszystkiemu towarzyszy muzyka i taniec. Przebiegiem przypomina karnawał w Rio przez co miasto zwane jest "małą Brazylią". Niestety pozostałości po kolonizatorach i w tym radosnym czasie pozostawiły rany. O co chodzi? Pojawiają się dwie parady - pierwsza, która wyrusza w wieczór poprzedzający oficjalne obchody. Składa się ona z bogatych, lepiej urodzonych, którzy nie chcą mieszać się z plebsem. Turyści nie przychodzą jej oglądać, gdyż wszyscy ubrani są w kupione stroje, dlatego czasami jest nazywana "paradą takich samych". Druga natomiast jest pełna normalnych ludzi, a więc szczerej radości i życzliwości. Wszystko trwa tydzień. Możemy wtedy spotkać mieszkańców chodzących w tradycyjnych oraz odświętnych strojach, zobaczyć i usłyszeć tradycyjne instrumenty muzyczne czy zostać ugoszczonym posiłkiem nieprzygotowanym pod turystę. 

Mardi Gras


Mardi Gras
Wyspiarskie państwo dobrze rozgrzewa przed wizytą w Stanach Zjednoczonych. Nowy Orlean nazwę swego festiwalu zawdzięczają kanadyjsko-francuskiemu badaczowi Jean Baptiste Le Moyne Sieur de Bienville, który kupił ziemię w 1699 roku i nazwał ją Pointe du Mardi Gras. Jednak pierwszą wzmiankę o imprezie karnawałowej znajdujemy w dokumentach hiszpańskiego gubernatora z 1718 roku. Było to małe, miejskie wydarzenie, którego rozmach zwiększył się wraz z rozwojem prasy. Obecnie oficjalna impreza zaczyna się na 12 dni przed Środą Popielcową. Wszystko dzieje się w historycznej części Nowego Orleanu. Zgodnie z tradycją w każdej z przecznic odbywa się pochód. Trasa, czas i miejsce rozpoczęcia od wieków są takie same. Wszystkie parady łączy osoba Króla Karnawału. Jego zadaniem jest pilnowanie wszystkiego co ma związek z imprezą. Uczestnicząc w pochodzie nie trzeba się martwić o pamiątki, gdyż drobne okazy spadają z okien i balkonów. Paradujący nie pozostają dłużni, czyniąc podobnie. Dla widzów jest jeszcze jedna atrakcja - piłeczki Króla i Królowej. Są ich dwa rodzaje - arystokratyczne dla specjalnych gości i zwykłe, które może dostać każdy kto się spodoba monarszej parze. Jest jeden haczyk - nikt nie wie kim oni są. Tak jak w poprzednich tak i w tym festiwalu mamy grupy - mają one swoje historyczne tradycje. Jest ich ponad 70. Żeby do nich dołączyć mieszkańcy muszą znać obowiązujące w nich zwyczaje. Zdaje się on być najbardziej obarczoną tradycją i przepisami tego typu imprezą. Ale skoro Myszka Miki przyjeżdża i daje radę...

Carnaval Salvador da Bahia


Carnaval Salvador da Bahia
Z Nowego Orleanu rozgrzani możemy się udać na Południe, żeby odwiedzić największą paradę karnawałową na świecie. Odbywa się ona w Brazylii w stanie Bahia. Cała zabawa rozpoczyna się w Tłusty Czwartek pod hasłem Bahia: maior explosão de alegria (Bahia: największy wybuch radości) i trwa do Środy Popielcowej. Wówczas królowi zwanemu Grubym Rei Momo władze miasta Salwador przekazują klucze. Od tego momentu po mieście jeżdżą ciężarówki z zespołami zwanymi trio eléctrico, wokół których gromadzą się liczni tancerze. Jako, że miasto nosi miano najbardziej afrykańskiego w Brazylii możemy odczuć także misteryjny charakter imprezy. Niestety dochodzi do co raz większej komercjalizacji, co nie idzie w parze z polityką miasta. Dlatego należy zachować szczególną ostrożność, szczególnie podczas pochodów na starówce, która nie zmieniła swojej zabudowy od XVIII wieku. Wiąże się to ze zbyt wąskimi uliczkami. Być może stąd się wziął również specyficzny sposób przemieszczania korowodu - jedne grupy prezentują się na bokach pojazdów, inne natomiast są "przewijane" z przodu i z tyłu (podobnie jak w walcu), co daje niezwykły efekt podczas tańca. Podobnie jak w Mindelo mamy do czynienia tutaj z identyczną pozostałością po kolonizatorach. Co nie przeszkadza, by się wyszaleć i spróbować karnawałowych specjałów. 

Goa Intruz


Goa Intruz
Czas przelecieć się do Azji, a konkretnie do Indii. W tym miejscu jest to niezwykłe wydarzenie, ponieważ mieszkańcy tego kraju w większości są politeistami. Daje to świetne połączenie zabawy z powagą. Nazwa nawiązuje do tego faktu, gdyż intruzami, którzy występują w nazwie, jest mniejszość chrześcijańska. Przyniosła ona swój zwyczaj świętowania w XVIII wieku. Obecnie zabawa zaczyna się cztery dni przed Ostatkami i kończy w Tłusty Czwartek. Zabawę otwiera znany już Król Momo. Istotnym elementem wyróżniającym tą imprezę z innych tutaj wymienionych jest ograniczenie muzyki i tańca na rzecz przebieranek, które są najważniejsze. Im bardziej skomplikowane i dumne tym lepsze. Cały korowód się bawi, natomiast towarzyszący im ludzie... stoją bądź siedzą wyprostowani i się przyglądają. Muzyka, która towarzyszy im to zwykły pop. Inaczej jest na obrzeżach, gdzie dominują pieśni pochwalne na cześć przodków i nie ma korowodów, ale ludzie świętują wokół ulicznego krzyża. Ciekawostką jest, że odbywa się podczas pochodu dosyć nietypowy konkurs bitwy workami z trocinami. Zwycięzca otrzymuje od Momo specjalne nagrody. W małych grupach, szczególnie młodzi ludzie, udają się po wszystkim do różnych miejsc gdzie bawią się do samego rana. 

Australia


Całkiem blisko jest najmniejszy kontynent świata. Tutaj... nic się nie dzieje. Ziemie te do teraz są kolonizowane do czego zachęca rząd. Stąd też mieszkańcy nie są jeszcze zżyci z sobą przez co są niezorganizowani. Jednak możemy tutaj spotkać pomniejsze imprezy organizowane przez nowo osiadłych, którzy przywieźli je na koniec świata ze swoich ojczyzn. Toteż mając szczęście możemy dowiedzieć się jak świętują chrześcijanie z każdego zakątka świata. Miasta wykazują nieśmiałe próby organizacji czegoś wielkiego, stąd też pojawiają się jednorazowe imprezy, np. Wodny Karnawał, Karnawał Aborygenów. Jedynym dniem, gdzie wszystko jest tradycyjne i coroczne to wypadający 26 stycznia dzień niepodległości Australi zwany Australia Day. Wówczas świętują wszyscy.

Walka karnawału z postem - Pieter Bruegel (starszy)

Podsumowanie


Po wszystkim wracamy do Polski i organizujemy niezliczone domówki. Również grupy kościelne urządzają swoje zabawy, co jest nowością ostatnich kilku lat. Wcześniej bowiem, do lat 60., nie było takiego zezwolenia. Okres karnawału należał bowiem do tzw. przedpościa, czyli czasu obejmującego cztery niedziele. Każda z nich miała odpowiadać jednej z Ewangelii i sprawdzać jak przygotowujemy się do Wielkiego Postu. Zwyczaj ten pozostał w Kościele Prawosławnym i w Greckim obrządku katolickim. To jest jednak temat na inny artykuł.

Udanej zabawy
Krzychu;)
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

31 grudnia 2015

Bajka na Nowy Rok!

Bajka została przeze mnie napisana kilka tygodni temu dla gimnazjalistów i uczniów szkół średnich. Postaci są wzorowane na znanych mi osobach, podobnie jej przebieg. Wszystkim nie życzę takiej przemiany w nadchodzącym roku. Z Nowonarodzonym Chrystusem w sercu życzę spokojnej przemiany.


Dawno, dawno temu… W sumie nie tak dawno był sobie pewien człowiek. Miał on wielorakie problemy. Lubił korzystać z wszelkich uciech życia doczesnego. Bynajmniej nie chodzi tutaj o różnego typu wyjazdy w góry, kulturalne spotkania studentów w pubach czy organizowanie domówek. Niezmiernie często korzystał z alkoholu, narkotyków oraz niezobowiązującego seksu z nowo poznanymi kobietami.

Dzisiejsza historia zaczyna się na ostatniej w życiu libacji Tomka. Postanowił, że wystąpi w piwnych zawodach w wyniku czego szybko wprowadził się w stan upojenia alkoholowego. Jako, że miał ogromne doświadczenie w tym stanie nie stracił przytomności umysłu. Pomyślał, że dobrze będzie jak zapali zioło i skorzysta z mocniejszego dopalacza. Pożyczył pieniądze od kumpla i poszedł na miasto.

Po długich poszukiwaniach znalazł dilera. Usłyszał o nowym narkotyku zwanym kosmiczny strzał. Gdy przechodził koło kościoła, w którym odbywało się nabożeństwo, postanowił się zatrzymać, aby zanegować wszystko co się tam dzieje. Wszedł i po krótkim słuchaniu kaznodziei postanowił zrobić sobie zastrzyk z narkotykiem. Dodało mu to animuszu. Zaczął krzyczeć i wyzywać znajdujących się tam chrześcijan. Kilku rosłych mężczyzn postanowiło interweniować. Ku ich zaskoczeniu zaprotestowała młoda dziewczyna. Nazywała się Arleta. Kojarzyła chłopaka, gdyż chodzili na ten sam wydział. Odezwała się nie tylko ze względu na znajomość, ale przede wszystkim przez to, że poczuła to podczas modlitwy. Poprosiła księdza, by odpowiedział na wszystko, co mówił Tomek. Tak też się stało.

Chłopak jednak nie chciał słuchać i postanowił, że opuści świątynię. Tak naprawdę była to ostatnia próba przemówienia przez Boga do jego świadomości. Wiedział bowiem, że narkotyk, który został wstrzyknięty do jego żył był tzw. złotym strzałem. Wracając na imprezę przechodził przez niemal pustą jezdnię. Potrącił go jednak samochód. Skutkiem tego było zabranie Tomka do szpitala – został podłączony do wielu różnych maszyn. Szybko również podjęto próbę detoksykacji jego organizmu. W tym samym czasie chłopak przeżywał coś niezwykłego.

Jezus postanowił w sposób bezpośredni pokazać chłopcu co się stanie, gdy nie zmieni swojego życia na lepsze. Najpierw zstąpili do piekieł – tam w wielkich mękach zobaczył skutek wiecznego braku miłości Trójcy. Chrystus wyjaśnił, że całym swym życiem

decydujemy o wyborze na sądzie szczegółowym zaraz po naszej śmierci. Pan zobaczył myśli Tomka, dlatego zabrał go do czyśćca. Powiedział mu, że to jest miejsce, w którym dokonuje się oczyszczenie poprzez odpowiedzialne prześledzenie swojego życia. Przeznaczone jest ono dla ludzi dobrych, którzy świadomie podejmowali decyzje wbrew Miłości Bożej. Niebo, do którego się udali było najbardziej zaskakujące. Nie było to miejsce, w którym trwała wieczna Msza jak sobie wyobrażał. Było tam pełno śmiechu i radości w Trójcy obecności. Jezus wskazał mu miejsce podpisane „Tomasz – mój ukochany syn”. W tym momencie ocknął się w pokoju szpitalnym zupełnie sam. Nikt nie przejął się jego nieobecnością do końca imprezy oraz tym, że nikt go nie widział od trzech dni. Zrozumiał, że jest coś nie tak skoro nawet poinformowana rodzina się nie pojawiła. Przekonał się, że nie był to sen.

Postanowił, że zmieni swoje życie. Nie stało się to natychmiast. Powoli wychodził ze swojego środowiska dając nieświadomie świadectwo swojej przemiany. Zaczął powoli ufać Kościołowi, znalazł tam dziewczynę. Zmienił studia. Założył rodzinę. Jak potoczyły się jego losy dalej – nie wiem. Jednego jestem pewien – możesz takiego Tomka spotkać niemal na każdym rogu ulicy.

Krzychu;)

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

20 grudnia 2015

Święta na Śląsku od kuchni

Wigilia, podobnie jak błogosławienie pokarmów w Wielką Sobotę, to tradycja w wielu domach większa aniżeli sama uroczystość, jaką poprzedza. Rodzina gromadzi się przy jednym stole, nikt nie może zostać sam. 

Wszystko ma swoje miejsce - od niedawna również "Kevin sam w domu". Szał zakupów zaczyna się już pod koniec października (sic!), prezenty dla dzieci kosztują niemal całą pożyczkę, a każdy "artysta" stara się nagrać świąteczny kicz. W całym zamieszaniu zapominamy o Bożym Narodzeniu, a nawet o samej tradycji wigilijnej.

PRZYGOTOWANIE DO WIGILII

Na Śląsku przygotowania do Bożego Narodzenia oraz całego okresu świątecznego trwają niemal cały rok. Zaczynają się niemal dokładnie dwanaście miesięcy wcześniej. Wtedy to należy zrobić surowe ciasto piernikowe, które w Wigilię dzieli się co najmniej na dwie części. Z jednej robi się ciasteczka o różnych kształtach i rozmiarach. Część z nich ląduje na choince. Z reszty ciasta piecze się piernik w podłużnej formie. Tradycja niektórych regionów Śląska nakazuje, by piec je na drugi dzień po Barbórce. Zanim upiecze się ciasto, należy ususzyć owoce i pozbierać orzechy. Czas ku temu jest w okresie letnim oraz wczesnojesiennym. Potrzebna do tego jest cała rodzina - dzieci zbierają dary natury, a rodzice drylują i suszą. Również te smakołyki dzieli się na dwie grupy - jedne są zostawione do spożycia w czasie wieczerzy, zaś inne służą jako składnik potraw.
Te z kolei przygotowywało się na kilka dni przed Wigilią, choć kulminacja następowała w przeddzień Bożego Narodzenia. Zapach wypieków, jaki rozchodzi się z kuchni po cały domu, zapowiada zbliżającą się wieczerzę. Dla łasuchów jest z pewnością nie do wytrzymania, gdyż tradycyjnie Wigilia jest dniem postnym na Śląsku. Z dziećmi nie ma większego problemu, gdyż te "wygania się" na dwór. Problem stanowią mężczyźni, którzy lubią skubnąć sobie tego i owego. Mają jednak inne, bardziej bojowe zadanie - zabić świątecznego karpia. Ryba ta pojawiła się na śląskich stołach już w średniowieczu pod wpływem czeskich zwyczajów, a później jej popularność się umocniła na skutek tradycji dolnoaustriackich. Gdy zwierzę już jest zabite i upieczone, czas rozsiąść się przy stole.

WIGILIA

Moczka
Choć świętowanie tego wieczoru jest zwyczajem polskim, który przeniknął na Śląsk kilkaset lat temu, jego organizacja wygląda całkowicie inaczej. Jedynym wspólnym elementem jest chyba tylko opłatek, którym dzielimy się z bliskimi. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale tutaj czas dzielenia się jest różny. Dzieje się to albo przed posiłkiem, albo po.
Pierwszą różnicą, jaka jest łatwo zauważalna, jest grono rodzinne, w którym spożywamy wieczerzę. Obce są zjazdy, które widzimy w serialach albo słyszymy z opowieści. Na Śląsku świętuje się w gronie najbliższej rodziny, tj. w obrębie tej, z którą mieszkamy na co dzień. Inaczej wygląda również ilość i potrawy na stole. Tradycyjnie powinno ich być sześć, zaś żadna z nich nie występuje poza naszym regionem. W ogóle nie pojawia się mięso. Ponadto nasza kolacja wigilijna ma charakter obiadowy, co wywołuje zdziwienie już na nieopodal będącym Zagłębiu Dąbrowskim. Zaś rodzaje potraw, jakie się pojawiają, zależą od miejscowości. Są jednak pewne elementy wspólne.
Tak się przekłada makówki
Jedyna zupa, która wlicza się w skład śląskiego stołu wigilijnego, to siemieniotka zwana także konopiotką. Gotuje się ją z ziaren siemienia. Przyjmuje ona formę zupy kremowej. Dodaje się do niej skwarki chlebowe, żeby była bardziej do jedzenia aniżeli do picia. Na drugie danie podaje się sałatkę z ziemniaków oraz karpia. Na deser podaje się zupę na słodko, czyli moczkę. Robi się ją z ciasta piernikowego oraz orzechów, rodzynków i kompotów (śliwkowego i agrestowego). Innym smakołykiem na słodko są makówki - jest to przekładany bułką paryską mak na słodko z bakaliami. Całość się zalewa bądź podlewa mlekiem.
Zależnie od miejscowości na stole pojawiają się również gotowane ziemniaki, kołacz z serem, kapusta z grochem, pierniczki oraz śliszki. Tą ostatnią potrawę robi się niemal wszędzie inaczej. I tak w opolskiej części są to moczone w mleku kawałki suchego kołacza; w cieszyńskiej części są to gotowane kluski ziemniaczane; natomiast w obrębie tak zwanego województwa górnośląskiego są to gotowane kluski z mąki pszennej, wody lub mleka z odrobiną soli.

PO WIECZERZY

Gdy wszyscy już zjedzą i odpoczną, udają się na pasterkę, która jest kulminacyjnym momentem Bożego Narodzenia. Po mszy świętej wszyscy składają sąsiadom i znajomym życzenia. Zaś do domu przychodzi Dzieciątko, które z nieba przynosi prezenty dla domowników. O tym dowiadują się rano dzieci, które starają obudzić się jak najwcześniej. W części opolskiej Śląska pociechy swe prezenty dostają już po kolacji i kolędowaniu. Uroczystość 25 grudnia dalej jest świętowana w gronie najbliższej rodziny. Po rozpakowaniu prezentów i śniadaniu dzieci razem z jedną z osób, które nie były na pasterce (zazwyczaj babcia albo dziadek), idą do kościoła. Po mszy dzieci wymieniają się informacjami, co każdy dostał. Po wszystkim je się uroczysty obiad i podwieczorek, po których całą rodziną udaje się do kościoła, aby zobaczyć szopkę. Często się również zdarza, że tata bierze swoje pociechy i objeżdżają wszystkie okoliczne kościoły, aby porównać, która z stajenek betlejemskich jest najlepsza.
Na tym nie kończy się świętowanie. Całość na Śląsku jest rozciągnięta aż do szóstego stycznia. Niemal w każdym dniu jest jakiś ważny element tradycji. O tym może innym razem.

Wszystkim czytelnikom życzę Bożego Narodzenia w sercu, aby Bóg zagościł w sercu każdego z nas, a bliscy nie poszli w odstawkę.

Krzychu;)
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

12 grudnia 2015

Śląska kuchnia cz. II

Śląska kuchnia ma być przede wszystkim sycąca. Jest prosta aczkolwiek pojawiają się smaki, jak na warunki chłopskie, dość egzotyczne. Mitem jest kojarzenie potraw śląskich jako ciężkich i niezdrowych. Wiele bowiem zależy od naszego podejścia do przyrządzanych dań. Współcześnie nie musimy jeść tyle ile nasi przodkowie, czasami nie musimy dodawać tłuszczu - spokojnie można wejść w XXI wiek nie tracąc tradycji.

Obiad

Obiad niemal zawsze był dwudaniowy. Wyjątek stanowiły dni postne, czyli piątki. Gdy obydwoje rodziców pracowało wtedy dzieci szły do dziadków – nawet jeżeli była to wioska obok i trzeba było dojeżdżać. Dawniej musiał być konkretny, bo chłop miał być jak trzydrzwiowa szafa – szeroki, choć niekoniecznie od mięśni. Kobieta z kolei musiała posturą dorównywać młodym facetom, a nawet być większą od nich. Trzeba było mieć za co chwycić, a też musiała pracować fizycznie. 

Zupy, które stanowią pierwsze danie to: cyganiony żur, wodzionka i germuszka. O ile drugiej z wymienionych nie trzeba opisywać, bowiem stała się powszechnie znana o tyle pozostałe trzeba opisać. Jak nie trudno się domyślić cyganiony żur swą nazwę zawdzięcza podobieństwem do polskiego żurku. Wynika ono ze smaku. Sam proces gotowania różni się diametralnie, ponieważ jego podstawą jest maślanka lub kefir, do którego się dodaje mąkę i przyprawy. W tym samym czasie zagotowuje się wodę z ziołami. Następnie łączy się oba tak, aby produkt mleczny się nie zważył. Z kolei germuszka nie ma swojego odpowiednika w znanej mi kuchni polskiej. Jest to zupa krem z chleba.

Druga część obiadu jest bardziej konkretna. Jej podstawą są ziemniaki - gotowane lub smażone, Niemal zawsze stanowiły część całości. Dodatki są różne. Może to być kapusta zasmażana na maśle i mące lub sosie beszamelowym oraz fragment jakiegoś mięsa (np. schabu) z sosem. Innym daniem z wykorzystaniem kartofli jest ciaperkapusta z klopsami z mięsa mielonego. Można również ugotować je w mundurkach i zjeść ze śledziami w sosie cebulowym.

Powyższe obiady były przygotowywane "bez tydziń". Niedzielnym obiadem były rozpowszechnione w Polsce kluski śląskie z sosem, modrom kapustą i roladą. Mało kto wie, że można wyróżnić trzy rodzaje klusek: czarne, z dziurką i okrągłe. Pierwsze z nich robi się poprzez dodanie do ciasta surowego startego ziemniaka - im dłużej leży w kuchni (maks. 6 godzin) tym ciasto będzie ciemniejsze. Różnica pomiędzy dwoma następnymi rodzajami jest w składnikach i wykonaniu. W okrągłych nie robi się dziurki, a zamiast mąki ziemniaczanej dodaje się pszenną.  Zupą poprzedzającą ten zestaw jest zazwyczaj rosół.

Co zrobić w poniedziałek jeżeli zostały kluski z obiadu? Można je upiec na blasze (jeżeli mamy jeszcze piec węglowy) lub na patelni bez tłuszczu. Dotyczy to zarówno upieczonych jak i surowych kulek. Blachkluchy zrobione z surowego ciasta można zjeść na słodko. Zazwyczaj był to wtedy obiad jednodaniowy. 

Przepisów na jedno danie jest na śląsku więcej, np. ziemniaki z kiszką/maślanką, żebroczka czy tzw. śląski raj. Dwa ostatnie stanowią egzotykę wobec ziemniaczanego dominium. Żebroczkę robi się bowiem z pomocą ryżu i mleka, a następnie zapieka w piekarniku. Pije się do niej zieloną herbatę. Śląski raj z kolei to kluski na parze dołączone do ugotowanego mięsa wędzonego z sosem śliwkowym na bazie bulionu z gotowanej porcji wędzonej. 

Trochę dużo tego wyszło, dlatego do następnego razu.

Krzychu ;)
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

6 grudnia 2015

Śląska kuchnia


Kuchnia na Górnym Śląsku, tak jak wszędzie w Europie, dzieliła się na arystokratyczną, mieszczańską i chłopską. Pierwsza z nich była kuchnią międzynarodową, rzadko kiedy pojawiały się na stołach bogatej szlachty dania regionalne. Wśród dań burżuazji dominowało różnego typu mięso. Bogatsza część tej warstwy społecznej również stołowali się na modłę zachodnią. Chłopi gotowali jak najróżniej – stąd też mamy regionalne specjały.


Miejsce spotkań

Dawniej środek ciężkości znajdował się w starszej części rodziny, a konkretnie miejscem spotkań był dom dziadków. Inaczej niż dzisiaj, kiedy wszyscy starają się eksponować swoje dzieci. Coraz częściej bywa nawet tak, że babcia i dziadek są odwiedzani tylko dwa razy w roku. Jeszcze około 50 lat temu było to kilka razy w miesiącu. Posiłki te zawsze miały charakter obiadowy z podwieczorkiem. Dni pewne, w czasie których spotykały się różne pokolenia to:
• Nowy Rok,
• odpust,
• obiad lub śniadanie wielkanocne,
• Śmiergus,
• urodziny,
• pierwszy września,
• Wszystkich Świętych,
• Wigilia.

Śniadanie

Pierwszy posiłek w śląskim domu wyglądał różne – zależało to od czasu jaki posiadała gospodyni bądź osoba głodna. Nie zawsze bowiem kobieta była cały czas w kuchni. Tak naprawdę w domu  w sposób widoczny rządziła płeć piękna. Mężczyźni byli w znacznej części pod pantoflem – nie było to nic nadzwyczajnego ani wstydliwego. Dzieci najbardziej cieszyły się z mlecznych zup na śniadanie, bowiem były one robione na słodko. Składnikami takich zup mogły być: chleb, makaron, lane ciasto, lub płatki owsiane. Dodawało się również suszone owoce. Możemy powiedzieć, że wówczas powstawał pełnowartościowy posiłek.

Podstawą śniadania był zawsze chleb. Może być on zrobiony na słodko aczkolwiek przeważają słone dodatki. Najbardziej zaskakującym zdaje się być smalec z jabłkami, śliwkami i ziołami. Taka próba uzdrowienia tłuszczu zwierzęcego. Innymi rzeczami, które lądowały na kanapce bądź przy niej to: ser domowy, powidła, banany, wędliny, kaszanka, bułczanka bądź śledzie. Ryby nas nie powinny dziwić. Niekiedy możemy przeczytać, że przed industrializacją Śląska w rzekach i strumieniach istniały słodkowodne perłopławy – nie dziwić więc powinno nas, gdyby w jakiejś książce znaleźlibyśmy przepisy na przygotowanie małż, ślimaków itp. Ciekawą opcja jest smażonka. Jest to podobne pod względem budowy do omletu. Jednak efekt końcowy to pasta do smarowania pieczywa.

Śniadanie nie mogło się obejść bez czegoś do picia - nawet jeżeli na śniadanie była zupa mleczna. Herbata, którą teraz pijemy pojawiła się w czasach industrializacji śląska. Musi być to czaj. Jednak zamiast cytryny dodawało się plasterki pigwy. Jest to owoc rosnący na krzaczkach – przypomina nieco dziką gruszkę, ale kolor może mieć żółty, zielony albo czerwony. Typowe napoje to kawa po turecku bądź też zbożowa oraz kakaoszale, który zaparza się ze skorup ziaren kakaowca. Ostatnio pojawia się w całej Polsce jako element tzw. zdrowej żywności.

Na razie to byłoby na tyle, aby was nie zniechęcić.
Krzychu;)

PS Nie ma takiego czegoś jak Mikołajki - jest dzień świętego Mikołaja. Na Śląsku jego wygląd jest następujący.  
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

Popularne posty: